RSS
niedziela, 30 września 2007
'Todo posible, nada seguro' czyli dramatyczne acz udane zakończenie podróży

'Todo posible, nada seguro' czyli 'wszystko możliwe, nic pewne' - to często powtarzane przez Boliwijczyków wyrażenie najlepiej chyba opisuje dość dramatyczna końcówkę mojej podroży po Boliwii. Teraz, gdy siedzę już sobie wygodnie w domu popijając mate de coca (niestety z torebki, bo trudno wyobrazić sobie przewiezienie liści koki przez obsesyjne na tym punkcie Stany - musiałam zostawić cala torebkę liści recepcjoniście w hotelu), łatwo o tym pisać, ale w Rurrenabaque, gdy po raz setny słyszałam z ust pani z agencji "No te preocupes", które należało według nich interpretować jako zapewnienie, że wszystko będzie w porządku, miałam ochotę odkrzyknąć jej, że dosyć mam już tych nic nie wartych w Boliwii zapewnień. Ale wiedziałam, że to nie ma najmniejszego sensu. A co się działo? Otóż ta pani, która naprawdę się starała, zapewniła nas już w południe, że ma potwierdzone 2 jeepy, tylko na 5 po południu, gdy zwyczajowo zjadą z pampy. Dziesięć razy pytaliśmy czy to pewne i za każdym razem dostawaliśmy stuprocentowe potwierdzenie, że tak. Udało nam się w międzyczasie dobrać do naszej trójki 4 osoby, które za wszelką cenę chciały wydostać się z tego przeklętego przez nich miasta i stawiliśmy się zgodnie z umową o 16.30 przed agencją, gdzie powinny już na nas czekać wymarzone 'quatro por quatro'. Ale minął kwadrans (to jeszcze nic), pół godziny, godzina, kolejna godzina, a jeepy z pampy nie zjeżdżały. Pani coraz bardziej nerwowo gdzieś biegała (niestety nie mogła skontaktować się z kierowcami, bo byli poza zasięgiem) i zapewniała nas, że muszą wrócić i nie wie, dlaczego ich jeszcze nie ma. Po półtorej godziny zaczęliśmy już rozglądać się po innych biurach, ale zdaje się, że turyści wynajęli już wszystkie dostępne jeepy (ku uciesze agencji turystycznych), bo po 2 godzinach z trudem udało nam się znaleźć wolnego jeepa, który wyglądał na grata, ale pomyśleliśmy, że to w Boliwii normalne i już bez wahania zdecydowaliśmy się go wynająć (zresztą agencja dała nam 10 minut na podjęcie decyzji). Pojechali go umyć (miało to trwać 15 minut trwało godzinę) i około 20.30 szczęśliwi zasiedliśmy do naszego czerwonego grata i było nam już wszystko jedno, że droga z Rurrenabaque do La Paz jest jedną z najgorszych przepraw w kraju (3/4 to wyboista nieasfaltowana droga), a podróż do stolicy trwa mniej więcej 13, 14 godzin. Mieliśmy jeepa i to było najważniejsze. Nieważne, że po pół godziny musieliśmy wrócić do miasta, bo na stację za miastem, gdzie nasz kierowca chciał zatankować nie dowieźli benzyny, nieważne, że jak zapewniała nas agencja dostaliśmy na tę trudną nocną podróż dwóch kierowców i szybko zorientowaliśmy, że jeden to żółtodziób, którego rola polegała na tym, że wyjechał z miasta, szybko zamienił się miejscami z drugim, bardziej doświadczonym i jego rola ograniczała się do powstrzymywania tego doświadczonego przed zaśnięciem. Nieważne, że do przodu wepchała się jeszcze młoda matka z 3-letnim dzieckiem, która jak się okazało miała jechać z nami do La Paz. Ważne było, że siedzieliśmy w jeepie i jechaliśmy. Droga była rzeczywiście okropna i o spaniu można było jedynie śnić....gdyby było to możliwe. Starałam się w ogóle nie myśleć, że tak będzie przez 14 godzin i wyobrażałam sobie wszystkie możliwe najgorsze sytuacje, w jakich może się znaleźć człowiek, by jak najmniej odczuwać dolegliwości tej podróży. I było w miarę w porządku mniej więcej do piątej godziny podróży, kiedy nasz jeep nagle zgasł. Chwila grozy, kierowcy coś tam pomajstrowali i odpalili samochód. Uffff...jedziemy. Radość trwała przez kolejną godzinę. Samochód znowu zgasł i majstrowanie przy nim zajęło już z pół godziny. Kierowcy mieli ewidentny problem, bo nie mieli klucza, który pozwoliłby im na naprawę uszkodzonej części. Była już noc, staliśmy w jakiejś zapadłej dziurze, gdzie stał jeden dom (a jego obudzeni właściciele nie mogli nam pomóc). Kierowcy próbowali jak to w Boliwii zastosować środki zastępcze. Rezultat - straciliśmy napęd na przednie koła, ale w sumie nie był on nam poprzedni, więc pojechaliśmy dalej.

Kolejny etap podróży trwał może ze 40 minut. Kiedy tym razem samochód padł, wiedzieliśmy, że sprawa jest poważna. Przyznał to nawet sam kierowca, który wcześnie jak to Boliwijczycy mają w zwyczaju zapewniał, że wszystko zaraz się rozwiąże i na pewno dojedziemy do La Paz. Samochód był kaput, staliśmy o 4 nad ranem na jakiejś zapyziałej drodze, gdzie raz na pół godziny przejeżdżała ciężarówka i mimo naszych namów, żeby je zatrzymać nasi opiekunowie wykazywali się dość dużą biernością. W końcu zdobyli się na odwagę, by zatrzymać jadącego w przeciwnym kierunku jeepa (jak się okazało z 3 turystami). Kierowca, zdecydowanie bardziej zaradny od naszych próbował pomóc, wspólnie z naszymi zidentyfikował usterkę (wystarczyło wymienić w kole jakieś zardzewiałe śruby i polecił dojechać do najbliższej wioski, w której był mechanik. Wsparł nas jeszcze linką holowniczą (za kasę, bo tu nic nie ma za darmo, szczególnie jak są turyści) i pomógł zatrzymać ciężarówkę, która nas sholowała z 8 kilometrów do mechanika. 

Była 5 rano, w wiosce wszyscy spali, mechanik też. Młody kierowca z kobietą pukali do domu mechanika i okolicznych budynków, ale bez skutku. Starszy kierowca już widać się poddał i nie robił nic. I w tym momencie odczułam już porządny stres. Wiedziałam, że następny możliwy transport do La Paz to autobus, który wyrusza z Rurrenabaque o 11 rano i jest w stolicy o 6 rano następnego dnia. Dla mnie to było już za późno, bo miałam lot w piątek o 6.55, a La Paz w hotelu jeszcze bagaż do odebrania. Dopytywałam się naszych opiekunów, jakie jest wyjście z tej sytuacji, a oni jak zwykle zapewniali, że wszystko będzie ok, że znajdzie się mechanik, naprawi jeepa i za 7 godzin będziemy w La Paz. Nie potrafili znaleźć alternatywy. I kiedy już naprawdę zrobiło się kiepsko nadjechał wielki autobus, który musiał się zatrzymać, bo nasz jeep blokował drogę. Zmusiłam niemalże młodego kierowcę, żeby skorzystał z okazji i zapytał się dokąd ten autobus jedzie. Okazało się, że to lokalny autobus na trasie Riberalta-La Paz (chyba ze 24 godziny jazdy) i że miał dokładnie 7 wolnych miejsc. I choć w międzyczasie znalazł się mechanik, nie chcieliśmy ryzykować i skorzystaliśmy z tej jedynej możliwej alternatywy dostania się do La Paz autobusem floty Yungeña. Nasza ekipa z jeepa musiała kupić nam bilety (40 boliwianów na głowę czyli ok. 5 USD). Na szczęście para Belgów, która z nami jechała wpłaciła w Rurre tylko połowę kwoty (na resztę musiała zastawić w paszporty), na co agencja zgodziła się w drodze wyjątku, dzięki czemu tę pozostałą kwotę rozdystrybuowała pomiędzy pięć osób, które musiały z góry zapłacić całość. Odzyskaliśmy więc część pieniędzy.

Jedyną zaletą tej dość długiej jeszcze podróży do La Paz był fakt, że udało mi się zobaczyć Yungas i przejechać wzdłuż najniebezpieczniejszej drogi na świecie, która dziś już zamknięta jest dla ruchu, bo 300 metrów niżej biegnie otwarta niedawno druga droga. Ale momentami człowiek i tak ma stracha, bo ta droga wije się po stokach i czasami robi się na niej dość ciasno. Ale widoki piękne.

Do La Paz udało nam się szczęśliwie dostać o 15.45 w czwartek. Udało nam się też odzyskać zwrot pieniędzy z Amaszonas za niewykorzystany bilet lotniczy i częściowy zwrot pieniędzy z agencji Travel Trucks za nie do końca zgodny z zaprezentowanym przez nią programem wyprawy do dżungli. Czyli przynajmniej jakiś miły element w tym dramatycznym powrocie do La Paz.

Na zakupy souvenirów zostało mi niewiele czasu. Wieczorem zjedliśmy z Cecile i Pierigiem pożegnalną kolację, potem pobiegłam do hotelu spakować się, przespać jakieś 4 godziny, by wstać przed 4 rano, bo już o 4.30 musiałam być na lotnisku.

No i jestem w domu. 3 ostanie dni spędziłam praktycznie w różnych środkach komunikacji, próbując dotrzeć do upragnionego celu.

Przez te ostatnie dni chciałam jeszcze zobaczyć Zona Sur czyli dzielnicę La Paz, w której mieszka najwyższa klasa, ale chyba muszę zostawić to sobie na inny czas.

A z taksówki naprędce strzeliłam jeszcze kilka pożegnalnych fot La Paz.

To była ciekawa choć wymagająca podróż.

I trochę chyba przyzwyczaiłam się do tego boliwijskiego porządku "todo posible, nada seguro' :).

 

Pożegnalne foty

Autobus, który nas wyciągnął z kryzysu

Droga powrotna

 

 

Ostanie spojrzenie na La Paz (przez okno taksówki)

 

 

 

 

 

 

A tu po starcie z lotniska w La Paz pięknie objawił się wystający ponad chmury szczyt Huayna Potosi (6088 m n.p.m.)

środa, 26 września 2007
Dzungla i... przymusowy pobyt w Rurrenabaque

Wczoraj wrocilam z 4-dniowego pobytu w dzungli, a teraz siedze w Rurrenabaque. Od 8 do 12 probowalismy zalatwic jeepa do La Paz, bo od dwoch dni linie Aeroszonas anuluja wszystkie loty La Paz - Rurrenabaque - La Paz. Powod? Tutaj trudno dowiedziec sie o prawdziwa przyczyne rzeczy. Kazdy mowi cos innego. Trzy dni temu niespodziewanie przez okolice przeszla burza i dosc obfite deszcze i od tego czasu nisko wiszace chmury ograniczaja widocznosc - male samolociki nie moga ladowac i startowac, bo okolica jest dosc gorzysta. Inna wersja, ktora krazy po miescie - przyczyna wiszacego w powietrzu dymu sa chlopì, ktorzy masowo ostatnio wypalali pola, a poniewaz nie ma wiatru, dym zgromadzony w powietrzu zawisl gesta chmura nad Parkiem Madidi. Rurrenabaque wypelnilo sie wiec turystami, ktorzy jakkolwiek probuja wyrwac sie do La Paz, bo stamtad maja loty do domu albo do kolejnego kraju. A lokalne agencje czerpia z tego zyski.

Ale...wracajac do dzungli, niezla to byla przygoda. Wprawdzie biuro, ktore ten moj pobyt w dzungli organizowalo bylo do kitu, ale przewodnik Walter robil wszystko, zeby wyprawa byla udana. Wielu turystow, przyzwyczajonych jednak do jakiegos komfortu, konczy tour po dzungli z duza niechecia - ja wyladowalam w najgorszych mozliwych warunkach jesli chodzi o nocleg etc., ale to wlasnie chyba bylo najlepsze, bo naprawde czulam, ze bylam w dzungli. Bylam w koncu sama z przewodnikiem, choc pierwszej i ostatniej nocy w moim kampie nocowaly jeszcze dwie dodatkowe osoby. Najpierw para ze Szwecji, a 3 dnia pojawila sie znajoma mi doskonale para Francuzow, Pierig i Cecile, ktorych spotkalam podczas podrzozy z Tupizy do Salar de Uyuni. Wyglada na to, ze spedzimy razem czas juz do konca naszego pobytu w Boliwii, bo razem jedziemy dzis do La Paz, a pojutrze wylatujemy z Boliwii.

3 i 4 dzien mielismy tego samego przewodnika i razem zrobilismy ostatniego dnia niezly 5-godzinny treking po dzungli - weszlismy na gorke, z ktorej mozna bylo ogarnac niezly kawal dzungli i pampy, choc widocznosc byla nieco ograniczona przez dosc geste i wilgotne powietrze, ktore jest wlasnie przyczyna anulowanych lotow.   

Ale wracajac do samej dzungli - o tej porze roku nie ma w niej za duzo zwierzat, bo to sucha pora i musza isc dalej szukac wody. Za to niemal kazde drzewo, kazda roslina ma jakies zastosowanie lecznicze. Mieszkancy dzungli maja nawet lek na raka! Walter codziennie ciagal mnie na trekingi po dzungli i tlumaczyl mi z jakiej rosliny co mozna zrobic, co jest toksyczne a co nie etc. etc. On tej dzungli uczyl sie od dziecka, wiec jego wiedza byla bardziej ludowa, pelna raczej nazw potocznych niz wlasciwych, ale i tak byly to fascynujace opowiesci Np. o drzewie, z ktorego wyciagu robi sie napoj antykoncepcyjny. Wystarczy wypic raz na trzy lata taki wywar i ma sie spokoj z ciaza. No raczej tego nie sprawdze, wiec nie mam innego wyjscia jak wierzyc Walterowi na slowo.

Dodatkowa atrakcja bylo obserwowanie umiejetnosci Waltera radzenia sobie w kazdych warunkach - spedzil w dzungli samotnie wiele czasu i chyba wszystko potrafi w niej i z niej zrobic. Trudno bylo sie czegokolwiek z nim obawiac. Ale i tak swoje przezylam. Drugiej nocy, tej ktorej bylam sama o 4 nad ranem nad dzungla przeszla trzygodzinna burza i niezla ulewa, dosc nietypowa na te pore roku. Burza w dzungli, gdzie drzewo stoi obok drzewa naprawde porazila moja chora wyobrazie, w dodatku odglos naprawde silnego wiatru uruchomil w mojej glowie wrecz Lynchowskie wizje, mimo zapewnien Waltera, ze burza nie potrwa dluzej niz godzine. A to wszystko chyba dlatego, ze w dzungli najwieksze wrazenie robia jej odglosy, wieczorem glosno tam jak w fabryce. Moze jak wroce do domu, to wrzuce tu plik z telefonu komorkowego - odglos dzungli naprawde jest niesamowity i tylko dla niego warto tu spedzic te 4 dni. Mimo ze, powtarzam, wiekszosc spotkancyh ludzi nie bylo zadowolonych z pobytu tutaj - ale trudno sie dziwic - to nie miejsce dla przyzwyczajonych do komfortu mieszczuchow i ja tez bylam szczesliwa, ze po 4 dniach moglam wziac w hotelu prysznic ;).

Zdjeciowo raczej tu marnie, bo troche malo swiatla, a ile tez mozna fotografowac roslin i instektow, ale troche fot jest.

Taki sobie dzunglowy krabik i pajaczek

 

A to najladniejszy i najwiekszy motyl dzungli o nazwie Visita (to nazwa Waltera) - sporo teraz w dzungli motyli, bo to okres ich wylegu

Dzrzewa i liany (tych drugich jest chyba z 15 gatunkow)

To drzewo kolcami chroni sie przed wrogami, a to drugie ´arbol de agua´ w porze deszczowej gromadzi w srodku wode, by w porze suchej rozprowadzac je miedzy wysuszonymi korzeniami roslin dookola

    

A to drzewo o nazwie ´drzewo, ktore spaceruje´ co dwa lata przesuwa sie o metr do przodu. Jak? Galezie z tylu obumieraja, a drzewo wypuszcza nowe z przodu i tak sie przemieszcza. A to drugie drzewko dostarcza barwnik do farbowania ubran i nazywa sie 'sangre de torro' czyli bycza krew.

   

Liana ´escalera´ czyli schody - sluzy zwierzetom do wspinania sie na drzewa. Z tej drugiej liany pochodzi Ayahuasca - halucynogenny rytualny srodek Indian Ameryki Poludniowej, ktory miesza sie jeszcze z inna roslina, by zapewnic sobie mistyczne wizje i przezycia. W Rurrenabaque sa agencje, ktore organizuja takie toury (afisze ponizej) - Ayahuaske trzeba bowiem brac pod przewodnictwem mistrza - ale niezla kase biora za te 'tripy'.

 

  

A ponizej na pierwsyzm zdjeciu liana, ktora zabija drzewa. Obrasta je swymi ramionami i drzewo umiera, a liana zajmuje jego miejsce. A obok korzenie drzewa, ktore ma z 500 lat (wedlug Waltera)

     

I jeszcze liana o nazwie 'uña de gato' czyli koci pazur, z ktorej mozna pic wode - duzo wody, warto ja znac, gdy zabraknie nam wody w dzungli. Ponoc woda ta ma tez wlasciwosci lecznicze - jest dobra na nerki, ale tez ma najlepsze ze wszystkich roslin dzialanie przeciwrakowe. I chyba dziala, bo napilam sie jej wczoraj i niezle mi nerki przeczyscilo ;)

Kilka rzutow na dzungle z ´miradora´ czyli naszego punktu widokowego, na ktory sie wspinalismy ostatniego dnia

 

 

A to moje obozowiska w dzungli

 

I kuchnia

Zwiedzalam dzungle w Reserva Pilon Lajas - tu znajduje sie tez lokalna wioska, ktora po czesci zyje z ekoturystyki. Tu mieszka Walter i jego rodzina (czyli zona i szescioro dzieci, na zdjeciu tylko piecioro)

 

Szkola i dzieciaki z wioski

 

Zachod slonca nad Rio Beni i kilka rzutow na zamglona tudziez zadymiona rzeke

 

 

A to juz na brzegu Rio Beni w Rurrenabaque - chamas czyli tutejsi lokalesi, ktorzy zyja na dziko, gdzie popadnie, czesto zajmuja porzucone lodzie

I to by bylo na tyle - teraz modlimy sie, zeby wydostac sie z Rurrenabaque, nie mamy innej opcji jak wynajac jeepa, bo wszystkie loty znowu zostaly anulowane. Ludzie chodza po miescie i szukaja kompanow do jeepa, bo ta podroz niestety troche kosztuje.

sobota, 22 września 2007
Boliwijska pampa

I znow ladowanie w Rurrenabaque po 3 dniach spedzonych w boliwijskiej pampie. Wrazenia glownie przyrodnicze. Pierwszy dzien: 3 godziny jazdy jeepem z Rurrenabaque do Parku Narodowego Santa Rosa. Potem wjazd na lodke i 3 godziny splyw rzeka Yakuma do campu. Atrakcje po drodze: dziesiatki zolwi, ptakow roznej masci, aligatorow, rozowe delfiny, z ktorymi mozna plywac (niestety niezwykle ciezko je sfotografowac) etc. Pierwszego dnia wieczorem wyplywamy zobaczyc tysiace swiecacych oczu aligatorow (tez trudno sfotografowac). Drugiego dnia treking po pampie w poszukiwaniu anakondy (udalo nam sie znalezc), potem siesta, wyplyw na polow piranii (na szczescie nie olbrzymich), a dzis splyw rzeka o 5.30, by posluchac odglosow pampy (niesamowitych - trudno spac) i splyw spowrotem do Santa Rosa. Troche jak dla mnie wyprawa za bardzo zorganizowana, ale inaczej trudno sie tam dostac. Za to swietne jedzenie, bo na miejscu sa lokalne kucharki. Zdjec za duzo nie zrobilam, bo dla nikogo w mojej grupie nie byly one priorytetem, wiec rzadko mielismy porzadny przystanek na uchwycenie jakiejs ciekawostki przyrodniczej. Grupa: dwoch mlodych brytyjskich studentow, srednio zorientowanych na ludzi, bardziej na siebie i ciekawa para: Austriak lewicowiec i alterglobalista, ktory studiowal w Angli i Stanach i jego dziewczyna Niemka, tez wloczaca sie po swiecie (oboje po socjologii, obecnie zmierzaja w kierunku Buenos Aires, by tam zamieszkac).

I troche fot jak zwykle.

Srodek transportu po rzece Beni i boliwijska pampa o zachodzie slonca:

 

Ponizej rajskie ptaki, ktore na przekor swej nazwie wydaja bardzo brzydkie, skrzeczace odglosy i aligatory, ktore odglosow nie wydaja.

 

A to amfibie - przedziwne zwierzeta, kapiwary, ktore wystepuja ponoc tylko tutaj - straszne brzydule, ale maja w sobie cos sympatycznego

 

No i anakonda - dusi w 3 sedundy, ale z przewodnikiem mozna sie z nia nawet bawic (czego nie robilismy z szacunku do natury, a co chetnie robia izraelscy turysci)

        

Polow piranii

 

A to moje wariacje na temat piranii, bo troche sie nudzilam (nie zlowilam zadnej)

 

I treking po pampie

To tyle na dzis, jutro znowu znikam na 4 dni - tym razem ide na treking po dzungli, prawdopodobnie sama z przewodnikiem, bo akurat jestem w niskim sezonie, na szczescie.

wtorek, 18 września 2007
Rurrenabaque - w koncu cieplo, zeby nie rzec goraco!

No nareszcie! O ile do tej pory umieralam wieczorami z zimna i szczytem moich marzen bylo wziac cieply prysznic, o tyle teraz znalazlam sie w miejscu, gdzie marzeniem jest zimny prysznic. 30 stopni, wilgotno, upalnie, leniwie. Czlowiek sie snuje po malym i przyjaznym miescie bez celu i wcale tego celu nie stara sie szukac.

Przylecialam tu dzis rano Amoszonas Aerolineas - malutkim samolotem, moze na 20 osob. Wystartowalam sposrod osniezonych Cordillera Real a wyladowalam w gestej dzungli - pas startowy to po prostu pas gestej trawy. Jutro wybieram sie na 3 dni na pampe do Parku Narodowego Santa Rosa, a potem na 4 dni do dzungli, do Parku Narodowego Madidi. Kajmany, krokodyle, rozowe delfiny, tysiace roslin i insektow - to mnie czeka od jutra. Dzisiaj szwedalam sie ulicami Rurrenabaque, polozonym nad rzeka Beni. Na szczescie jest bardzo malo turystow, bo to nie jest najwyzszy sezon. Rurrenabaque zamieszkiwali ponoc kiedys Tacana, jedno z niewielu plemion nizinnych, ktore oparlo sie chrzescijanstwu. To ponoc oni odpowiadaja za nazwe Beni (co oznacza wiatr) oraz Rurrenabaque.

A glownym srodkiem transportu sa tu motory, glownym zajeciem....no coz, troche na zdjeciach. Ponoc sa piekne zachody slonca. A i ludzie sa tu zdecydowanie bardziej wyluzowani niz na Altiplano i... bardzo powolni.

Takim samolotem lecialam z La Paz do Rurre

 

A to obrazki z przechadzki po miescie

 

A tu na drugim zdjeciu na dole reklama jednego z wielu biur, ktore oferuja etno toury z...wtajemniczeni beda wiedzieli ;)

 

 

  

 

 

 

 

Psu tez goraco

A takie scenki sa w Rurre najczestsze (to nie jest biedne porzucone dziecko, po prostu mu sia zasnelo :)

 

 

I to tez scenka zwykla tu

 

A tu jeszcze cos co swojsko brzmi :)

 

Odwiedzilam tez lokalny cmentarz - tu tez jest kolorowo

 

La Paz po raz drugi


Dzisiaj zlazilam sie po La Paz. Zaczelam od dzielnicy w okolicach Mercado Negro i Mercado de Hechiceria. Na tym drugim cholas sprzedaja najprzerozniejsze specyfiki na wszystkie dolegliwosci swiata - mozna tez kupic zestaw ofiarny dla matki ziemi czyli Pachamamy i zasuszony embrion lamy, ktory trzeba wkopac w ziemie pod nowo budowany dom. 

Roznice, jakie mozna zobaczyc w La Paz najlepiej odzwierciedlaja podzial spoleczenstwa boliwijskiego, ktore jakos nie moze sie zlozyc w jedna calosc. Evo Morales witany byl z nadzieja, ze po ladach dyktatorkich rzadow, przy calkiem dobrej sytuacji ekonomicznej uda mu sie w koncu zjednoczyc spoleczenstwo. Od ubieglego roku specjalne cialo (La Asamblea Constituyente), ktore zostalo powolane sposrod reprezentantow wszystkich klas do stworzenia nowej konstytucji nie moze sobie poradzic z trudnym zadaniem pogodzenia roznych interesow poszczegolnych grup. Coraz czesciej slychac narzekania, ze pokladane w Evo nadzieje nie zostaly spelnione.

Podzial La Paz - najwyzej mieszkaja najbiedniejsi i indigenios, im nizej tym bardziej zamoznie, klasa srednia, a potem na samym dole w Zona Sur klasa wyzsza. Ale tam wybiore sie w przyszlym tygodniu. Dzis dotarlam do Sopocachi, dzielnicy nowych biurowcow i nowoczesnych budynkow, wypomadowanych i pieknie ubranych facetow, modnych restauracji i klubow. I gdzies pomiedzy tym europejsko wygladajacym tlumem da sie zobaczyc chole sprzedajace ze swoich ulicznych straganikow slodycze, chipsy, chrupki, orzeszki, wlasciwie wszystko od mysla do powidla.

Swiatlo bylo dzis beznadziejne, ale kilka fotek strzelilam. 

Kolonialna Calle Jaen (odwiedzila tu dzisiaj swietne muzeum instrumentow, glownie boliwijskich - sporo tego jest, nie tylko charango)

  

                            

Troche kolonialnej architektury - nieco podniszczonej

 

  

Dzieciaki przed collegem - we wszystkich szkolach obowiazuja jednolite stroje. Giertych by sie ucieszyl.

 

I cholas - nie moge sie im oprzec

 

                                

A Evo buduje socjalizm

                          

A stare dodge wciaz swietnie sie spisuja w roli trasportu miejskiego

                         

Embriony lamy na Mercado de Hechiceria

                            

I widok na La Paz z mojego hotelu i Plaza del Estudiante (to juz jest El Prado czyli dzielnica klasy sredniej)

 

niedziela, 16 września 2007
Z Tupizy do Uyuni czyli 4-dniowa wyprawa po Los Lipez i salarach

To byla super podroz. Podrozowalam znowu z czworka Francuzow - para z Paryza i para z Tuluzy. Bardzo fajni ludzie. Mielismy duzo zabawy i zobaczylismy naprawde piekny kawal Boliwii. Dzis wyladowalismy w La Paz. Czas wziac porzadny prysznic i zgrac zdjecia. To za pare godzin.

Poki co ide sie zainstalowac w pokoju.

Tak sie zaczelo

Pierwszy nocleg w malenkiej miejscowosci gdzies na 4000 m n.p.m.

 

W kazdej dziurze maja przynajmniej jedno boisko - ale Indianki grajace w kosza nie chcialy sie dac sfotografowac, za to liamy nie maja nic przeciwko :)

 

I jedziemy dalej

 

W dali wulkan Uturuncu i Laguna Celeste

 

  

Co chwila jakas laguna, nie pamietam juz wszystkich nazw. Pamietam tylko, ze pelne sa mineralow, a nawet substancji toksycznych co poniektore.

  

np. Laguna Verde, ktora przez kiepska pogode nie jest taka turkusowa jak zwykle

 

A to pustynia Dalego (tak sie nazywa i cos w tym jest)

 

A ponizej gejzery na 5000 m n.p.m. - tu zlapala nas sniezyca

I moja ukochana Laguna Colorada, ktora tez przez pogode za czerwona jak zwykle nie byla, ale...

 

 

Arbol de piedra czyli drzewo z kamienia

 

Moje ukochane rozowe flamingi, ktore masowo zyja na nietoksycznych lagunach

  

I vicunas - piekne zwierzaki

 

I Salar de Uyuni - najwieksza pustynia solna na swiecie

 

Nasz jeep

 

I moja ekipa

 

I na razie to tyle, bo mi zamykaja kafeje.

Pozdrowienia z La Paz!

środa, 12 września 2007
Tupiza

A dzisiaj bylam na 5-godzinnej konnej przejazdzce w okolicach Tupizy. Samo miasto to calkiem mila dziura i lezy tylko na 2950 m n.p.m., wiec jest cieplo. Od jutra czeka mnie 4-dniowa wyprawa po Los Lipez i Salarach de Uyuni. Brrrr....

 

 

 

Moj kon Tabuco

 

No niestety, chcialam zaladowac wiecej zdjec, ale sie zaciela maszyna. Ide wiec spac.

No dobra - nie zanudzam juz tekstem, a dziele sie fotami. Coraz mniej czasu na pisanie.

Sucre

Moje sniadanie na mercado

 

Mercado central w Sucre

 

 
tumbas te po prawej
a to ich deserki - sporo maja galaretek i budyni, nieco bardziej wodnistych niz u nas
mozna tez sobie kupic gotowy torcik - panie robia je na miejscu
Troche kolonialnej architektury Sucre
 
 
 
I wszedzie transparenty (pozostalosc po strajku glodowym)
  
I inne scenki
 
 

poniedziałek, 10 września 2007
Sucre

Ciezko z dodawaniem fot - strasznie to skomplikowane i zabiera duzo czasu.

Dzis poszlam sobie rano na sniadanie na lokalne mercado czyli rodzaj rynku, ktory tu w Sucre ma miejsce w hali zaraz naprzeciwko mojego hostelu. W hostelach serwuja tylko sniadania kontynentalne, a ja chce cos lokalnego. Zasiadlam wiec sobie przy jednym ze stolikow w wielkiej hali, gdzie panie nawoluja ¨Sientase mamita, papita¨ (tak mowia do wszystkich) zjadlam sniadanie skladajace sie z tojori con leche (to cieply napoj z kukurydzy - wersja con leche czyli z mlekiem ma konsystence zupy mlecznej z zacierkami),  un pastel (nadmuchane ciacho z cienkiego ciasta z serem w  srodku) i bunuelos (cos w stylu donatow). Bylo pysznie i tanio (jakies 1 PLN) i pogadalam sobie przy okacji z Boliwijczykem, ktory siedzial przy moim stoliku. Swietnie oglada sie budze sie do zyia mercado. Powloczylam sie po nim jeszcze troche i poszlam kupic bilet do Tupizy.

Pani z biura, gdzie kupowalam bilet okazala sie niezla gadula (niezwykle sympatyczna zreszta). Rozmawialysmy chyba z godzine. Tu rozmawia sie teraz glownie o polityce. Z czwartku na piatek byla w Sucre nocna manifestacja, w ktorej brali udzial glownie studenci - doszlo nawet do konfrontacji z policja. A dzis zjechalo do Sucre mase campesinos, zeby znowu demonstrowac, ale ludzie z miasta nie chca konfrontacji.

Ponoc wioza z Potosi ciezarowke dynamitu. Ja na szczescie wyjezdzam dzis do Tupizy przez Potosi. Mam nadzieje, ze nie natkne sie na maszerujacych na Sucre Indian. Choc juz sie do tych marszow i manifestcji przyzwyczailam.

Pani z biura skarzyla sie, jak wiekszosc tu w Sucre ludzi, ktorych obecny rzad niewiadomo czemu ma za oligarchow (ona np. zarabia jakies 300 blolivianos miesiecznie czyli ze 40 dolarow), ze Evo Morales, choc dobry czlowiek, kierowany jest przez Hugo Chaveza.

Copacabana, Fran, Isla del Sol i Sucre

Chwile nie pisalam, bo bylam zajeta podrozowaniem, ale postaram sie dzis troche nadrobic. W srode wyladowalam w Copacabana, o ktorej juz troche tu pisalam. To dosc turystyczne miejsce, ale trudno sie dziwic, bo to punkt wyjscia do Isla del Sol (Wyspy slonca), najwiekszej wyspy na jeziorze Titicaca. A wyspe te naprawde mozna nazwac rajem na ziemi. Trudno sie dziwic, ze lud Tiahuanaco jeszcze przed Inkami wierzyl, ze z wod jeziora powstalo zarowno slonce jak i ich krol-bog z biala broda - Viracocha. Z kolei Inkowie wierzyli, ze jezioro bylo kolebka ich cywilizacji. Kiedy w polowie XVI w. przybyli tu Hiszpanie, zaczely krazyc legendy na temat skarbow, jakie kryje jezioro Titicaca. Wedle jednej z opowiesci, Inkowie ukryli w nim swoje zloto, by ocalic je przed Hiszpanami.

Po upadku cywilizacji Tiahuanaco w rejnie Titicaca zaczeli osiadac i rosnac w sile Kollas (tak sami sie nazywali Indianie Aamara, ktorzy mieszkaja tu do dzis i do dzisiaj mowia w swoim jezyku). Ich najwazniejsze bostwa to slonce i ksiezyc (ktore uwazano za meza i zone), matka ziemia czyli wszechobecna do dzis Pachamama, a takze duchy: achahilas (duchy gorskie - wierzono, ze to duchy przodkow opiekujace sie soimi plemionami czyli ayllus) oraz apus (duchy gorskie, ktore chronia podroznych i dostarczaja wode dla pol upranych) czesto kojarzone z poszczegolnymi nevados (osnizonymi szczytami gor).

Kiedy ludy Aymara wchlonelo krolestwo Inkow, inkaski wladca Tupac Yupanqui zalozyl osade Copacabana, ktora miala sluzyc za miejsce odpoczynku dla pielgrzymow odwiedzajacych huaca (swiatynie) Titi Khar´ka (Skale Pumy), gdzie dawniej skladano ofiary z ludzi. Titi Khar´ka znajduje sie na polnocy Isla del Sol.

Przed przybyciem hiszpanskich ksiezy w pol. XVI w. Inkowie podzielili Aymara na dwie grupy: wiernych Inkom Hurinsaya, ktorym przypady wysokie stanowiska oraz opozycjonistow, ktorzy sluzyli jako sila robocza. Taki podzial klocil sie calkowicie ze zorientowana na spolecznosc kultura Aymara (do dzisiaj jest to bardzo widoczne).

Skonczylo se na tym, ze Aymara odrzycili religie Inkow i czesciowo przyjeli chrzescijanstwo zakladajac Sanctuario de Copacabana, ktore jest mieszanka tradycyjnych wierzen Aymara i chrzescijanstwa. Cpacabana to narodowe sanktuarium, do ktorego co roku zmierzaja pielgrzymki.   

Isla del Sol

Wszystko na niej wyglada jakby zywcem bylo wziete z broszury o wymarzonych wakacjach. Niestety w Copacabanie i na Isla del Sol w nocy ostro w kosc dalo nam zimno. W dodatku padal deszcz i byly straszne burze. Do zimna zreszta juz sie powoli przyzwyczajam. Juz pierwszej nocy w Copacabanie zaczelo padac - z tego tez wzgledu zamiast o 8.30 poplynelam na Isla o 13.30. I na lodce usiadlam jak sie po chwili okazlo obok Fran, z ktora spedzilam kolejne dwa dni. Fran jest z Kapsztadu i podrozuje po Ameryce Poludniowej od kwietnia, po tym jak ze sporym zyskiem sprzedala swoje mieszkanie. Ma 39 lat i urodzila sie tego samego dnia co ja. Skonczylo sie na tym, ze aby obnizyc koszty pobytu na wyspie dzielilysmy pokoj w hostelu Inti Kala, do ktorego z portu trzeba sie bylo wspinac 45 minut pod gore. Ale warto bylo, bo mialysmy stamtad wspanialy widok na zachod slonca, z tym tylko zastrzezeniem, ze zawsze tuz przed zachodem slonca niebo pokrywaly chmury. Ale widok i tak zapieral dech w piersiach. Titicaca wyglada jak moze.

Na Isla del Sol sa trzy wioski, najbardziej rozwinieta i turystyczna to Yumani, na poludniu. Na polnocy, gdzie doplynelysmy nastepnego dnia znajduje sie Cha`llapampa, a miedzy nimi Challa.

Na Isla del Sol spedzilysmy dwie noce - dzien po przyplynieciu zrobilysmy sobie trek z polnocy na poludnie odwiedzajac po drodze dosc skape ruiny Chincana. Na wyspie mieszkaja wylacznie Aymara, campesinos, w przeciwienstwie do cholos czyli tradycyjnie ubierajacych sie Indian mieszkajacych w miastach. Jedynym srodkiem transportu na wyspie sa osly, dlatego woda na samej gorze kosztuje o boliwiano wiecej niz na dole, bo trzeba ja tam wwiezc.

Z Fran rozstalysmy sie wczoraj w Copacabanie. Ja wrocilam do La Paz i wsiadlam w nocny (calkowiecie bezpieczny) autobus do Sucre, gdzie wlasnie uzupelniam bloga.

Autobusem jechali sami lokalesi, ale raczej wiecej bylo wsrod nich potomkow Hiszpanow i mestizo. No i od czlowieka, campesino spod Sucre, ktory siedzial obok mnie dowiedzialam sie, jaki dzis jest ajwiekszy problem polityczny tego niezwyle upolitycznonego kraju. Stety badz niestety, Evo Morales jest skrajnym socjalista i preferuje grupe indigenos czyli rdzennych Indian, ignorujac postulaty klasy sredniej i wyzszej. Evo jest tez przyjacielem Fidela Castro i Hugo Chaveza. A obecnym problemem numer jeden, ktory zaostrza konflikty, co potwierdzila dzisiejsza gazeta Corero del Sur jest fakt, ze rzad nie chce przeniesc siedziby rzadu do oficjalnej stolicy kraju, Sucre, ktore jest uwazane za centrum uniwersyteckie kraju. To chyba tez najpiekniejsze miasto Boliwii, z kolonialna, jednolita architektura, i bardzo europejskie - w poronaniu do La Paz niewielu tu widac indigenos. No i wczoraj skonczyl sie dosc dlugi strajk glodowy, podczas ktorego potestujacy domagali sie, by rzad podjal decyzje w sprawie przeniesienia swej siedziby do Sucre.

No a z lzejszych rzeczy, caly czas staram sie smakowac lokalne przsmaki - dzis wybralam sie na mercado (doslownie naprzeciwko mojego hostelu) i wypytywalam sie o rozne owoce, ktore wydawaly mi sie niezajome. Nawet udalo mi sie prawie zaprzyjaznic z jedna chola, ktora dala mi probowac rozne lokalne przysmaki. Kupilam od niej tumbos czyli rodzaj passion fruit (rany, jak to jest po polsku?) i melon de agua (wodnistego melona), ktory smakuje nieco inaczje niz melon, jaki znamy w Polsce.

Jutro wybieram sie chyba do Tupizy (nie wspomnialam, ze spotkalam na Isla del Sol Vivienne, te z lotniska w Miami) i umowilysmy sie, ze spotkamy sie w Tupizie.

Isla del Sol

 

Widok na Cordillera Real

 

Widok z hostelu Inti Kala na szczycie Isla del Sol za dnia i o zmierzchu (A view from the hostel Inti Kala on the top of Isla del Sol at day and at dusk)

  

Zwierzęta at Isla del Sol (animals at Isla del Sol)

 

uparte lamy (stubborn lamas)

 

 

owce (sheep)

Dzieci na Isla del Sol (Isla del Sol kids)

Vanessa (9 lat - nasza ulubienica) i dzieci spotkane podczas treku (Vanessa and kids met during the trek)

"Pagame" (zaplac mi) to czesto sie slyszy od dzieci na Isla, dalam im dlugopisy i caramelos czyli cukierki za rada znajomego z Copacabany

  

Dziewczynki Aymara w tradycyjnych strojach (Aymara girls in traditional dress)

 

Zebranie starszyzny w Cha'llapampa na północy Isla del Sol (The Elders' meeting at Cha'llapampa in the northern part of Isla del Sol)

 

 

Trek z północy na południe Isla del Sol (trek from the north to the south of Isla del Sol)

Na trasie Chincana (on the Chincana route)

 

 

 

Ruiny Chincana z Palacio del Inca (Chincana ruins with the Palacio del Inca)

 

 

Stól ceremonialny (Ceremonial Table) i Inti Kha'rka czyli Skała Pumy (The Rock of the Puma)

 

trek

 

 

 

 

mate de Coca po drodze (mate de Coca on the way)

Koa - wszechobecna na wyspie rytualna roślina Aymara o zapachu mięty (koa - a ritual Aymara incense bush smelling of mynth, omnipresent at Isla del Sol)

W porcie Yumani (in the Yumani port)

 

 

 
1 , 2